środa, 7 grudnia 2016

Od Pain C.D Ashton


Westchnęłam ciężko. Musiałam to przemyśleć. 
Jeżeli zostanę z nim, koniec końców po raz pierwszy od miesięcy nawiążę jakąś znajomość. Było to dla mnie już dawno wyobcowane uczucie. Jeżeli natomiast odejdę, nic się nie zmieni. Będzie tak, jak zawsze, rutyna i żadnych przygód, które niegdyś kochałam.
- No dobrze, zostanę. - kąciki moich ust uniosły się w niewidocznym uśmiechu.
- Jest! - ucieszył się basior, a jego ogon tak mocno wywijał na wszystkie strony, że aż nie było go widać. Bardzo mnie to rozbawiło.
- To gdzie idziemy? - zapytałam, rozglądając się. - Nie za bardzo wiem, gdzie jesteśmy....

Ashtoneł?

Od Ashton'a C.D Pain

- Och to świetnie! Chętnie Cię oprowadzę, opowiem ci i jak... -z podekscytowania mój ogon latał to w prawo to w lewo z taką prędkością jakby było to śmigło helikoptera.
Nieznajoma mruknęła coś cicho jednak nie ruszyła się z miejsca. Przyglądałem się jej próbując odgadnąć w czym jest problem.
- Ach no tak, glupek ze mnie. Przecież jest środek nocy -pacnąłem się łapą w czoło- Lepiej zaprowadzę cię do alfy. Powinien znaleźć Ci miejsce do nocowania.
Chwyciłem suczkę za przednią łapę i pociągnąłem by ruszyła za mną jednak nie ruszyła się z miejsca. Co więcej wyrwała się z uścisku jak poparzona.
- Eee.... Idziesz? -spytałem zaskoczony
- Nie. Nie mam ochoty na spotkanie z żadną alfą, beta i niewiadomo jeszcze kim -burknęła i odwróciła się ode mnie.
Na chwilę mnie sparaliżowało ale gdy uświadomiłem sobie, że Pain chce odejść zagrodziłem jej drogę.
- Stój! Nie musimy iść do alfy. Możemy iść po prostu do mnie. Albo pozwiedzać. Lub coś jeszcze innego. Zostań.

Pain?

wtorek, 6 grudnia 2016

Nieobecność

Przepraszam że nie wstawiam ostatnio waszych opowiadań, nie zaglądam na bloga...Otóż, chciałam sobie od niego zrobić przerwę, jak w większości blogów. Nie, nie odchodzę. Po prostu będę przez jakiś czas nieobecna tutaj.


~ Shairen.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Od Pain C.D Ashton

Podeszłam bliżej, próbując uchwycić wzrokiem choćby zarys sylwetki postaci, której oczy wpatrywały się we mnie. Po chwili moim oczom ukazał się nieznany mi pies. Zmrużyłam nieco powieki, świdrując go wzrokiem, gotowa do ataku napięłam wszystkie mięśnie.
- Kim jesteś? - zapytał, uśmiechając się do mnie.
- Mogłabym zapytać cię o to samo...
- Nie sądzę, to tereny sfory.
A jednak. Ugh... teraz pewnie będzie chciał zaprowadzić mnie do alf. Niech to szlag.
- No więc, kim jesteś? - powtórzył pytanie.
- Pain. - odparłam krótko uświadamiając sobie powoli, że takowy osobnik nie zamierza zrobić mi krzywdy.
- Co tutaj robisz? Z tego co wiem to nie należysz do sfory...? - uniósł brew, widocznie zaciekawiony.
- Nie, nie należę. - odparłam cicho.

Ashtoneł?

Od Ashton'a C.D Pain

Nie mogłem spać. Wyszedłem na zewnątrz zamierzając przejść się na krótki spacer. Szedłem przed siebie, ot tak, bez żadnego konkretnego celu, byleby tylko rozprostować nogi i dać upust swojej energii.
Spacerowałem jakiś kwadrans wbijając łapy w mroźny śnieg. Zapadały się one już nieco głębiej niż wczoraj co było wyraźnym znakiem, że zima naprawdę nadeszła. Wciągnąłem do płuc świeże, chłodne powietrze, które sprawiło lekkie drżenie mojego ciała gdy, wdarło się do płuc. Ale nie poczułem jedynie zapachu lasu. Było to coś więcej.... Lawenda? Woń była delikatna ale nie można było jej nie wyczuć. Wydało mi się to dziwne, w końcu mamy grudzień. Skąd by się tu, wzięły kwiaty?
Zaintrygowany zbliżyłem nos do ziemi i zacząłem tropić. Zapach stawał się coraz mocniejszy aczkolwiek nadal miał w sobie tę delikatność i łagodność. Nie drażnił mojego nosa. Wręcz przeciwnie. Był przyjemny. Po trzech minutach poszukiwania źródła zapachu nareszcie dotarłem do celu. Kwiatki musiały znajdować się zaraz za najbliższym krzakiem. Nie marnując czasu skoczyłem tak. Czekała mnie nie mała niespodzianka. Nie było tam żadnych kwiatów. Ani jednego. Zamiast tego stałem oko w oko z piękną suczką o jasnym futrze. Uśmiechnąłem się do niej. Jej oczy błyskały w świetle księżyca i wpatrywały się we mnie z uporem.

Pain?

niedziela, 4 grudnia 2016

WYNIKI EVENTU !

Hey psiaki ! Pora na wyniki pierwszego konkursu!  

Oto trzy psy, które zajęły miejsca na podium! 

Opowiadanie o podróży do świata olbrzymów : 

MIEJSCE PIERWSZE - (PO DŁUUUUGICH NAMYSŁACH NIE MOGŁAM WYBRAĆ PIERWSZEGO MIEJSCA, TO ZAWSZE JEST CIĘŻKIE..NO ALE CÓŻ...ZWYCIĘZCA JEST TYLKO JEDEN :V ) gratulacje dlaaaaa - Esperento!!!! gratulujemy !!!!  - OTRZYMUJESZ STANOWISKO GŁÓWNEGO ŁOWCY! + 1 POCHWAŁA! 
MIEJSCE DRUGIE - GRATULACJE DLA ALFY!!!  - OTRZYMUJESZ 2 POCHWAŁY! 

MIEJSCE TRZECIE - GRATULACJE DLA ASHA!    - OTRZYMUJESZ 1 POCHWAŁĘ ! 


Obrazek o polowaniu na jelenia : 

MIEJSCE PIERWSZE - No cóż, przynajmniej admini twierdzą, że większym talentem artystycznym wykazała się Karai ! Brawo dla niej !  - Nagroda : Stanowisko Głównego Malarza + 2 pochwały.

MIEJSCE DRUGIE - Ashton ! Brawo ! Z racji że straszna mała liczba osób wzięła udział...ASHTON DOSTAJE TAK SAMO SUPERAŚNĄ NAGRODĘ JAK KARAI ! - Nagroda : Specjalnie dla ciebie, nowe stanowisko - Główny Piosenkarz! Ash zostaje głównym piosenkarzem, + 1 pochwała ;) .







Od Sekhmet'a - " Samobójstwo "

Dzień miał się zacząć tak jak każdy, poranny spacer, śniadanie, obchód z Anabelle...Wyszedłem z jaskini i ruszyłem w stronę jaskini alfy. Gdy dotarłem na miejsce, zastałem niemiłą niespodziankę. Przed jaskinią leżał list, przygnieciony kamieniem. Wyciągnąłem kartkę papieru, i zacząłem czytać.

  "Przepraszam was wszystkich, że stało się to tak nagle...Nic nikomu nie mówiłam..Nie chciałam, abyście tęsknili. Tęsknili ? Po mnie? Ha, na pewno teraz będziecie się cieszyć że mnie nie ma, w szczególności Shairen i Garry, że otrzymują po mnie stanowisko alf. Ja..Chciałam was powiadomić że odeszłam. Nie szukajcie mnie, i tak nie znajdziecie. Teraz już pewnie dawno jestem gdzieś na końcu świata. Gratuluję z całego serca nowym alfom, i życzę wam, abyście mądrze rządzili SPS. Pozdrawiam też mojego najlepszego przyjaciela - Sekhmeta. To chyba wszystko, jeszcze raz was przepraszam. "

~ Wasza Anabelle. 


Ten tekst dosłownie zwalił mnie z nóg. Usiadłem z wrażenia. To mną poruszyło. Powiedziała że jestem jej najlepszym przyjacielem...Po policzku spłynęła mi łza, a za nią kolejna i kolejna...W końcu zacisnąłem zęby i popędziłem z kartką do Shairen i Garry'ego. Shi nie było, musiałem pogadać o tym z Garrym.
- Anabelle odeszła. - Rzuciłem z przejęciem i podałem psu kartkę.
- Jak to? - Podniósł jedną brew. Nie wierzył mi.
- Przeczytaj list. - Warknąłem i wyszedłem. Za duże emocje. Zostawiła mnie. Nic mi nie powiedziała, mógłbym odejść razem z nią...Moje życie straciło cały swój sens. Dotychczas barwny i kolorowy świat stracił swe barwy i powrócił do smutnego, szarego wyglądu. Wybiegłem zdenerwowany z jaskini bet, okej, teraz alf, i biegłem przed siebie. Miałem zamiar skrócić swój ból, nie wytrzymam tego, to już trzeci raz w moim je*anym życiu! Pobiegłem nad klif. Spojrzałem w dół. Moje serce waliło jak szalone, aby za chwilę przestać, i już nigdy więcej znów nie bić. Zamknąłem oczy. Przepraszam, Anabelle.  - Powiedziałem po cichu i skoczyłem. Nie leciałem długo, wylądowałem na ziemi. Czułem przeszywający ból, chwilowy mam nadzieję, moja głowa roztrzaskała się o kamienie, rozciąłem sobie bok. Miałem już mroczki przed oczami. Zamknąłem oczy, i już więcej ich nie otworzyłem...


SEKHMET POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO ! 


Anabelle odchodzi!

Znalezione obrazy dla zapytania Louche Sfora Psiego Uśmiechu 
Anabelle odchodzi! 
Alfą zostają Garry i Shairen.

Od Karai CD Aikady



Gdzie poleciała ta łania? Ugh, gdyby nie ta suczka, już dawno zabrałabym ją martwą do mojej 'villi'. Stanęłam w miejscu i zaczęłam nasłuchiwać, jednak słyszałam jedynie ćwierkanie ptaków czy brzęczenie owadów. No i odłgłosy czyiść kroków. Obróciłam łeb w tył, a moim oczą ukazała się ta sa suka co przedtem.
- Ych, daj mi spokój - warknęłam.
- Nie - odparła, wyraźnie zadowolona ze swej asertywności. Zignorowałam jej odpowiedź.
- To nie było pytanie.
- Cóż, trudno - burknęła.

Aikada?

Od Karai CD Lessie

Wiedziałam, że to idiotyczny pomysł, jednak kusiło mnie by do niej dołączyć. Położyłam jedną z łap na lodowisku, by za chwile dołączyła do niej reszta. Wyglądało na stabilne. Spojrzałam na suczkę niepewnym wzrokiem, a ona odpowiedziała mi głupkowatym uśmieszkiem. Poszła trochę bardziej na środek, nie spuszczałam wzroku z jej łap, z lodu naokoł nich.
- No chodź! - mruknęła.
- Jakoś mnie to nie przekonuje... - na moje słowa Lessie przewróciła oczami.
- Nie ma się czego bać! - zapewniła. Zauważyłam jednak peknięcie obok jej łapy, które szybko zaczęło się rozprzestrzeniać.
- Mówiłam, że to kiepski pomysł - powiedziałam i zeszłam na trawę.
Lessie? ;w;

Od Pain


Moje łapy zapadały się w miękkim, puszystym śniegu, zostawiając w nim swoje odbicie. Poruszałam się niemal bezszelestnie, mijając drzewa i inne rośliny które pojawiły mi się przed nosem. Wdychałam mroźne, ostre powietrze, które przyprawiało mnie o dreszcze, czułam, jak pod jego wpływem moje płuca rozrywają się na strzępy. Mój wzrok utkwiony był na wprost, nie zwracałam uwagi na wszelkie otaczające mnie niebezpieczeństwa. Blask księżyca odbijał się od mojej srebrzystej sierści, nadając mi jasną poświatę, przez co wyglądałam co najmniej tajemniczo. Wszędzie naokoło panowała głucha cisza, która była dla mnie pewnego rodzaju ukojeniem. Moje powieki opadły, ja sama natomiast zatrzymałam się w miejscu i oparłam o potężne, stare drzewo. Westchnęłam ciężko i rozejrzałam się, by upewnić się, że w pobliżu nikogo nie było. W najwyższej gotowości do ataku przysiadłam na mroźnym puchu, pozwalając ciału odpocząć.
Wtedy do mojego nosa dotarł zapach innych psów.
Zerwałam się na równe nogi, śnieg zaskrzypiał głośno pod wpływem mojego ciężaru.
Jeszcze tego mi brakowało. Jeżeli gdzieś w pobliżu jest sfora... no, nie będzie to dla mnie dobre.
Starałam się uspokoić oddech, który jak wiadomo mógł mnie zdemaskować. Sam mój tajemniczy, lawendowy zapach mógł sprowadzić tutaj strażników. Co robić co robić co robić co robić...
Nagle zza drzew dostrzegłam parę lśniących w ciemnościach ślepi.

Ktoś?

Morderczyni - Pain !


https://40.media.tumblr.com/f2bde665bf55b4a2d33623071c7e688a/tumblr_nnryqm71fA1tzp06ho1_500.jpg

                            Autor : https://www.tumblr.com/search/samoyed%20husky%20mix

Imię: Pain
Płeć: Suka
Głos: Radioactive - Macy Kate.
Wiek: Liczę sobie tylko 3 wiosny
Stanowisko: Morderczyni
Charakter: Co by można było o mnie powiedzieć...? Może zacznijmy od tego, że z natury nie jestem ani ufną, ani przyjacielską suką. Każdego nowo poznanego psa trzymam na dystans, zdarza się, że go spławiam i ignoruję. Nie przepadam za towarzystwem, wolę samotność, która towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Jestem wredna i arogancka, nierzadko radość sprawia mi ból innych. Dla moich ofiar nie mam za grosz litości, morduję z zimną krwią i nigdy się nie zastanawiam, nie waham choć przez chwilę. Nikt nigdy nie śmiał mnie obrazić bądź ośmieszyć, bo najprościej w świecie taka osoba gorzko by tego pożałowała, a inni doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Uchodziłam za agresywną, chorą psychicznie sukę bez skrupułów i wyrzutów sumienia. W sumie, było w tym trochę prawdy...
Jeżeli jednak usłyszysz moją historię, moje zachowanie wobec innych będzie dla ciebie zupełnie zrozumiałe. No, możliwe, że nie.
Gdy jakiś pies wzbudzi moje zainteresowanie, staram się powstrzymać moją niszczycielską stronę i staję się nieco inna. Nie łypię już na ciebie chłodnym spojrzeniem, nie spinam się w każdej chwili gotowa do ataku, nie odpowiadam wrednie na twoje wypowiedzi. Zamiast tego prowadzę normalną rozmowę, rozluźniam się, może nawet czasem się uśmiechnę, no i jednym słowem: normalnieję.
Przejdźmy może do spraw sercowych. Jeszcze nigdy w życiu się nie zakochałam, jednak w głębi duszy o tym marzę. Chciałabym móc porozmawiać z kimś komu stuprocentowo ufam o mojej przeszłości, zwierzyć się i chociaż w małej części zrzucić z siebie ten ciężar. Chciałabym mieć się do kogo przytulić, mieć z kim spędzać wolny czas. Póki jednak jestem singielką staram się wykorzystywać tą "wolność".
Warto byłoby wspomnieć, że jestem odważna i waleczna, no, może jeszcze odrobinę nerwowa i agresywna. Na pewno nie należę do spokojnych psów, które boją się powiedzieć lub nie mają swojego zdania. Nigdy nikogo nie naśladuję, nawet tego nie próbowałam. Całe życie jestem sobą, czy to się komuś podoba czy nie. Cecha ta sprawia że przyciągam do siebie innych, nawet wbrew własnej woli. Bo przecież kto nie chciałby zaprzyjaźnić się z odważną, silną psychicznie i posiadającą własne zdanie, oryginalną jak tylko można suką? Zapewne każdy, a jeżeli nie, to większość. Nie da się uniknąć faktu że jestem rozpoznawalna w tłumie. Inne psy czują do mnie strach, ale również podziw. Muszę przyznać, że nie zawsze mi to odpowiada.
Myślę, że jestem sprawiedliwa i honorowa. Zawsze staję po stronie prawdy, na prawdę bardzo rzadko zdarza mi się kłamać. Jestem szczera w swoich uczuciach i mówię to co myślę, nie przejmując się konsekwencjami. Jeżeli wpadniesz w sidła jakiegoś gangu lub mafii i nie jesteś moją ofiarą, jest szansa, że ci pomogę. Nie będę natomiast oczekiwała nic w zamian, zrobię swoje i ulotnię się jak szybko tylko się da. Morduję, załatwiam swoje sprawy i znikam, nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. W końcu nie bez powodu jestem poszukiwana za brutalne morderstwa na zlecenie aż w 10 krajach i jeszcze mnie nie złapano, nieprawdaż...?
Rasa: Wyglądem przypominam husky, jednak moimi małymi rozmiarami już nie. Uznajmy więc moją rasę za nieokreśloną.
Kontakty :
  • Rodzina : Nie nazywałabym tych osób moją rodziną. Samica która mnie urodziła zwała się Alis, natomiast samiec który ją zapłodnił na imię miał Moon. Z tego co mi wiadomo, nie mam rodzeństwa. Było zbyt słabe, by przeżyć po porodzie. Ja jako jedyna jestem jeszcze na tym świecie.
  • Potomstwo : Nie planuję w najbliższym czasie. Tylko czy ja w ogóle nadaję się na matkę?
  • Partner/ka : Nie spieszy mi się do tego. Brak.
  • Zauroczenie : Nie poznałam jeszcze psa godnego mojej uwagi.
Historia: Urodziłam się w totalnej melinie, delikatnie to nazywając. Psy z których powstałam to kompletni alkoholicy, którzy zajmowali się tylko sobą. Gdyby moja rodzicielka i jej partner nie pili aż tyle i nie żyliby w takim burdelu moi bracia najprawdopodobniej teraz by żyli i mieli się wspaniale. Ale... bynajmniej nie musieli przechodzić tego co ja.
Partner mojej rodzicielki na moich oczach pozbywał się martwych ciał mojego rodzeństwa, nie wspomnę już jak. Wtedy jeszcze nic oczywiście nie rozumiałam, wokół wyczuwalny był jedynie niesamowity odór.
Po miesiącu moi kochani rodzice zaczęli traktować mnie jak śmiecia. Bili mnie za każde, najmniejsze nieposłuszeństwo, jedzenie musiałam nauczyć się zdobywać sama. Zmuszali mnie do kradzieży i brutalnych morderstw swoich najbliższych przyjaciół, a ja nie miałam wyjścia, bo inaczej podzieliłabym los braci. Wbijając sztylet w ciało najbliższej mi osoby łzy strumieniami opuszczały moje oczy. Nie mogłam nic zrobić, bo zaraz obok mnie stali oni i patrzeli mi na łapy.
Po roku nauczyłam się mordować. Byłam jak maszyna do zabijania, wszelkie emocje we mnie umarły i wyparowały tak, że została tylko pustka. W środku nocy opuściłam mój dotychczasowy "dom", mając dość znęcania się nade mną. Poraniona i chora uciekłam jak najdalej od tamtego miejsca.
Minął rok, nauczyłam się samodzielnego życia. W tym czasie wiele razy zostałam okropnie potraktowana przez innych. Oni nie mieli serca. Zawsze starali się uprzykrzyć mi życie, aż w końcu powiedziałam DOŚĆ.
Przestałam być cichą, spokojną suką. Stałam się zimna, wredna i agresywna, no i zaczęłam pracować jako morderca na zlecenie. Pewnego dnia trafiłam na tą oto sforę i postanowiłam zatrzymać się tutaj na jakiś czas.
Właściciel: Anonim

sobota, 3 grudnia 2016

Od Lessie cd Ashton

- I co teraz? - zapytał.
- No złaź ze mnie. - powiedziałam śmiejąc się.
Pies wybuchł śmiechem, była to poniekąd moja okazja, której nie udało mi się wykorzystać, gdyż sama zaczęłam się śmiać. Ashton ewidentnie nie zamierzał ustąpić, dlatego zrobiłam małą kulkę ze śniegu, tak aby nie widział i rzuciłam mu ją na łeb. Zdezorientowany strzepywał chłodny puch z głowy. Wtedy wyślizgnęłam się od niego, po czym rzuciłam kolejną śnieżkę. Jak na mnie całkiem celnie, trafiłam go w grzbiet. Tak rozpoczęłam wojnę na śnieżki. Mimo, że śnieg był cienki, mogliśmy lepić już małe śnieżki. Na nasze szczęście, puch zaczął lecieć z nieba. Delikatnie opadając na ziemię, pozwalał nam na dłuższą zabawę.


Ashton? Wojna? xD

Od Ashton'a C.D Lessie

Chichrając się (nie mam pojęcia jak to, się pisze XD) spadliśmy w dół obijając się o pokrytą śniegiem ziemię. Turlając się zupełnie straciłem orientację i nie miałem już pojęcia gdzie jest góra a gdzie dół. Czułem jedynie zimny śnieg pod sobą i co jakiś czas puchaty ogon Lessie na twarzy.
Gdy chwilę później bezwiednie opadliśmy u stóp wzgórza ledwo byłem w stanie podnieść się na nogi. Czułem się jak po wypiciu kilku butelek piwa. Moja towarzyszka sprawiała podobne wrażenie.
- Ehm... Lessie? Gdzie ty jesteś? -spytałem gdy na chwilę straciłem ją z oczu.
- No tutaj... A ty? -usłyszałem z niedaleka głos.
Zacząłem obracać się wokół własnej osi ale łapy splątywały się ze sobą nie pozwalając mi ustać na nogach na dłużej. Upadłem lądując na czymś miękkim. Za miękkim na śnieg.
- Ej! Zejdź ze mnie! -usłyszałem pod sobą rozbawiony głosik.
Oczy powróciły mi normalnego stanu i Ziemia przestała się kręcić. Zorientowałem się, że leżę na Lessie, która próbuje wyczołgać się z pode mnie. Wybuchnąłem śmiechem i zapałem się łapami tak by jeszcze bardziej utrudnić suczce próbę ucieczki.
- I co teraz? -spytałem rozbawiony

Lessie?

Od Ashton'a C.D Anabellle

N- Serio!? No to ekstra! -z radości aż wyskoczyłem w powietrze zmywając tym sam wrażenie, że mógłbym być szefem groźnej mafii.
Cieszyło mnie, że suczka przyjęła mnie do stada ale szczerze mówiąc nie miała wielkiego wyboru, bo i tak bym tu został. Podobało mi się też to, że wydawała się być zainteresowana tym czego dokonałem. Ale na razie nie chciałem o tym wspominać. Byłem głodny.
- Macie może jakieś niedogotowane resztki z obiadu? -spytałem choć w duchu miałem nadzieję, że będą mieli coś lepszego.
No i coś do popicia. Na przykład wódżitsu.
- A na co konkretnie miał byś ochotę? -dopytywała się z szerokim uśmiechem i lekkim podekscytowanie w oczach.
- Może zjadłbym jakiegoś członka waszego stada ale.... Aktualnie jestem na diecie bez psiej. Co mi zaproponujesz mój Amaro? -spytałem teatralnym głosem.

Anabelle?

piątek, 2 grudnia 2016

Od Lessie cd Esperento

W odpowiedzi lekko się zaśmiałam.
- Co cię tak bawi? - zapytał.
- Twoje nastawienie i to o czym mówisz. Dłuższa i boleśniejsza śmierć nie oznacza, że jest gorsza. Wręcz przeciwnie. Wiedząc, że umrzesz szybko od postrzału przestajesz walczyć. A wiedząc, że potrwa to dłużej starasz się, próbujesz ocalić życie. Nawet jeżeli podświadomość mówi... krzyczy, że to niemożliwe. Ale samym życiem i istnieniem, dokonujemy niemożliwego. Cud, że w ogóle jeszcze życie na Ziemi istnieje. - odpowiedziałam z uśmiechem na pysku.
- Nie rozumiem. - mruknął.
Westchnęłam. - To proste. Jeżeli umierasz szybko, nie walczysz. A o to w końcu chodzi w życiu. Codziennie walczysz aby żyć. Czyż nie mam racji? - przechyliłam delikatnie łeb, a uśmiech mi wciąż towarzyszył.
- Może. - odparł.
- To po co oddychasz, skoro wiesz, że i tak umrzesz? Znasz w ogóle skład powietrza? Tak na prawdę to ono nas zabija. Powoli i bezszelestnie. - ostatnie słowa wyszeptałam.
Pies patrzył na mnie z lekkim oszołomieniem. Ja, mówiąca takie rzeczy i się uśmiecham. Mówię to z radością. Opowiadam o śmierci optymistycznie, bo nie powinniśmy jej się bać. Każdego dopadnie, a wtedy Żniwiarz przyjdzie po nas, aby zabrać naszą duszę. Normalna kolej rzeczy; rodzisz się, przeżywasz życie, umierasz. Niektórzy wierzą, że odradzasz się na nowo, jako ktoś inny. Ale czy to prawda? Nie wiem. Przekonam się po śmierci...
- Jeżeli lód się załamie spadnę. Prawda? - zapytałam.
- Na to wychodzi.
- I wtedy się utopię?
- Tak. Chyba, że się uratujesz. - mruknął.
- Ciekawe. A co jeśli lód się nie złamie?
- Przeżyjesz. Ale i tak w końcu pęknie. Jest to nieuniknione. - odparł.
- No widzisz, to tak jak z naszą śmiercią. Nieunikniona. - spojrzałam na niego i powoli zmierzałam ku lądzie.
- Czyli zejdziesz?
- A kto tak powiedział? Idę po prostu bliżej brzegu. Ale czy zejść zamierzam...
Byłam jakieś pięć metrów od brzegu. Gdyby lód się zapadł z pewnością bym się utopiła. Chociaż kto wie...


Esperento??

Od Garry'ego CD Shairen

Spojrzałam na nią spod jej łapy.
-Shai?-zacząłem.
Chwila ciszy. Musiała chyba opanować nerwy.
-Shaaaai?-powtórzyłem.
Dalej cisza.
-Shaaaaireeeen!-powiedziałem stanowczo. Suka spojrzała na mnie kątem oka.-Ja chcę mieć szczeniaki.
Shairen nie mogła się opanować i parsknęła śmiechem.
-Garry, żartujesz sobie? Mówisz do mnie o tym TERAZ?-mruknęła. Usiadłem na tylnych łapach. Założyłem przednie łapę na łapę i zamknąłem oczy, przyjmując fochnięty wyraz pyska.
-Uważasz nasz związek nie za poważny, Shairen?-zapytałem. Stanęła jak wryta.
-Tego nie powiedziałam, Garry-mruknęła w odpowiedzi. Przewróciłem oczami i dalej szedłem uczepiony jej prawej łapy.
-Powinnaś o tym myśleć na poważnie!-oznajmiłem kategorycznie.-Gromadka szóstki szczeniaków, biegające po ziemi jaskini... Żyć, nie umierać!
Ale Shairen mnie ignorowała. Całą drogę więc szedłem za nią ostro fochnięty.

Shairen? XDDDD

Od Esperento CD Lessie

Zacznijmy błaho i dziwnie oraz tak jak wszystkie moje opowiadania czyli 2/10.
~*~
Szedłem sobie po ośnieżonym białym puszkiem lesie. Wszędzie było biało Hehs nie gadaj i zimno. Odciski moich łap odciskały się na ścieszce. Do płuc napływało mi zimne, orzeźwiające i zimowe powietrze. Czułem się szczęśliwy jakbym nigdy nie doświadczył tych wspomnień. Mówię wam, cudowne uczucie. Tak sobie chodzić, napotykać znajomych po drodze i kompletnie niczym się nie przejmować. Po paru minutah dotarłem nad z lekka zamarznięte jezioro. Na brzegu stała suczka i najwyraźniej chciała pojeździć na łyżwach.
- Uważaj, lód pęknie, utopisz się i tyle z tego będzie. - zawowałem wczuwając się nieporzebnie w rolę ratownika.
- O jednego psa mniej do zestrzelenia. - To co powiedziała wprawiło w zdumienie.
- Mówię Ci, wolałabyś zginąc szybko i bezbolesnie od szczału kulą niż tonąć godzinę w lodowatej wodzie w męce i wiedzy, że niedługo umrzesz. - Rzekłem. - A tak propo jestem Esperento.
- Lessie.


<Lessie?>

Od Esperento - konkurs - CZ. III (ostatnia) - "Ostateczna bitwa, głupota Esperenta i powrót"

CO SIĘ DZIAŁO PRZEDTEM: 
Niebieski dym... Wepchnął mnie do świata olbrzymów! Mam staczać walkę na śmierć i życie w celu odzyskania kamienia mocy. Krótko nie?
TERAŹNIEJSZOŚĆ:
Co to pasja?
Praktycznie rzecz biorąc to sam nie jestem pewnien. Może to takie wyrywające się uczucie, które nie pozwala nam myśleć o niczym innym niżeli o temacie jej pasji? A może jednak to takie cichutkie stwierdzenie wewnątrz naszego umysłu, które tylko w wybranych przed nas sytuacjach uwalnia się i daje znać o swojej obecności? Tyle pytań a na żadne nie ma jakiejkolwiek odpowiedzi...
Ja nie mam pasji. Żadnej. Dlaczego? Nie miałam sposobności jej w sobie odkryć. A może pora to zmienić...?
~*~
Pustka...
To jedno słówko, które jest poznawane w pierwszej klasie szkoły podstawowej, określało wszystko to co znajdowało się w moim umyśle tamtej chwili. Pustka. Nie mogłem pojąć dlaczego Skaperen wybrał akurat mnie do tej roli jaką jest pokonania kogoś tam i odzyskanie jakiegoś tam Kamienia Mocy. Mógłby przeciesz wybrać kogoś innego, bardziej doświadczonego w walkach a nie mnie, tego kto w ogóle nie ma pojęcia jak posługiwać się mieczem. Mógłby, nie?
~*~
Stałem tam na granicy owego Królestwa Cieni w pełnym uzbrojeniu otoczony przez zewsząd napływający szary piach. Wpatrywałem się w odległy zamek zbudowany z szarej kostki brukowej i myślałem. Myślałem, a bardziej obawiałem się przegranej. Tego, że już nigdy nie będę w stanie powrócić do tego świata, który znałem dotąd. Moje obawy przytłaczały mnie do tego stopnia, że nie mogłem ruszyć sta żadną kością, nerwem czy nawet mięśniem. Stałem tak pogrążony w myślach i pewnie bym tam stał jeszcze dłużej gdyby nie przerażająco głośny huk dobiegający ze starego zamczyska. I oto z kopuły z czerwonej cegły rozległ się wybuch tak duży, że nawet ja poczułem powiew powietrza. Z dziury sporej wielkości wydobyło się oślizgłe coś. Podobne do węża morskiego, jednak bardziej zielone i o większej liczbie głów. Jako uszy miał czerwonokrwisty "wachlarz" i ostre zębiska wystające z paszczy. Jednak w tej straszliwości naturalnej można było dojrzeć strach i chęć ucieczki.
Nie tracąc czasu na błahe zgadywanki postawiłem wszystkie czrery łapy na szarym piasku i gorliwie nimi przebierałem by jak najszybciej dojść do zamczyska.
~Piętnaście minut potem, gdy już dotarłem do zamku~
Szarobury budynek okazał się większy niż przypuszczałem. Mierzył jakieś trzydzieści metrów wysokości i był o wiele większy i okazalszy od tamtego. Obeszłem go kilka razu dookoła. Kształtem przypominał krakowski Barbakan. W końcu pchnąłem wielkie drewniane drzwi i rozległ się głośny dźwięk przypominający skrzyp. Szybko wskoczyłem do środka i równie szybko zamknąłem drzwiska. Wypuściłem z siebie cichy świst, gdy zobaczyłem długi, nie oświetlony korytarz z wielkim atłasowym czerwono-złotym dywanem. Na marmurowych ścianach wisiały obrazy obleśnie brzydkich stworów. Jednak jeden obraz był inny. Widniał na nim napis wygramerowany (Tak to się pisze?) złotymi literami na krystalicznie białym marmurze:
"Leave me out with the waste
 This is not what I do
 It's the wrong kind of place
 To be thinking of you
 It's the wrong time
 For somebody new
 It's a small crime
 And I've got no excuse."
Długo wodziłem łapą po złotych literach. Jednak zamysł przerwał mi hałas dobiegający zza drzwi na końcy korytarza. Był to dźwięk niszczonego szkła a także krzyki istot żywych. Natychmiast przetwałem zadumę i pobiegłem w stronę owych drzwi grzechocząc zbroją. Jednak gdy wyciągałem łapę by otworzyć drzwi ktoś zrobił to za mnie. Był to wystraszony minotaur uciekający w popłochu.
- Nie radzę tam wchodzić! - krzyknął i pobiegł dalej. Jednak ja wzruszyłem ramionami i wszedłem do sali. Okazała się być ona zrobiona z lodu lub szkła. Pośrodku stał odwrócony do mnie tyłem tron na nim siedział ktoś ludząco podobny do Skaperena.
- Przyszedłeś po Kamień Mocy?- zahuczał powoli wstając. - Jeżeli tak to go sobie weź.- krzyknął i w mgnieniu oka odwrócił się i rzucił we mnie mieczem. Jednak szybko uchiliłem się od ostrza śmierci. - Widzę, że masz zbroję. Powiem szczerze, że widziałem o niebo lepsze, lecz tym razem mój brat się postarał. - powiedział Reaxtroix przejeżdżając paluchem po moim grzbiecie. - Już jutro zniszczę cały świat i nie będzie już żadnego Skaperena czy robionych przez niego zbroi! Będę tylko ja i moi podwładni!- wykrzyczał i zaśmiał się psychopatycznie z taką mocą, że aż kryształowy lśniący żyrandol zakołysał się niebezpiecznie.
- Napotkasz wiele trudności! Trudności zawsze będą, więc staraj się je pokonywać unysłowo nie je niszczyć sposobami cielesnymi! Żyj dzisiaj a nie jutro, bo jutra może już nie być! - rzekłem praktycznie brew sobie i to była moja własna głupota. Reaxtroix wściekły ryknął i zaczął postwał we mnie ogniste strzały. Za każdym razem albo chybiał albo ja sprytnie uciekałem. Po okoły piętnatu minutach tej zabawy w kotka i myszkę rozległ się huk i nagle wielki kryształowy żyrandol spadł prosto na olbrzyma razem z kawałkami cegieł. W dziurze w suficie robaczyłem jedną z wielu głów owego węża morskiego. Uśmiechnąłem się i podbiegłem do Reaxtroixa. Wyrwałem mu z ręki berło. Gdy chwiciłem jego wielką laskę poczułem przyjemnie mrowienie w łapach. Natychmiast wszystko zajaśniało i to oślepiające światło świeciło kilkanaście sekund. Po czym wszystko się zmieniło. Olbrzym zniknął a ja sam znalazłem się w zamku Skaperena z berłem w ręku. Ten przywitał mnie z entuzjazmem.
- Masz berło! O jak dobrze! Jeżeli chcesz to możesz się przeteleportować do wybranego miejsca.- rzekł z wrodzoną wdzięcznością. Pokiwałem głową wręczając mu jamień.
- Chcę znaleźć się w Sforze Psich Snów!- krzyknąłem a wokół mnie roztoczył się złoty płomień i znów poczułem ostry ból i paraliż mięśni podczas kiedy przenosiłem się do innego świata. Znowu widziałem dymny wir w kolorze turkusowym. Znowu wylądowałem i przez kilka sekund leżałem bez ruchu. Obudziłem się koło portalu. Popatrzyłem na jego wnętrze myśląc, że to był tylko sen. Tylko chora fantastyczna przygoda ze snów.
Jednak nie. Obudziłem się w mojej zbroi ze złotym napisem z moim imieniem.


THE END

Od Esperento CD Anabelle

Panowała niezręczna cisza, której nie mogłem, albo nie umiałem, przerwać, zapanować nad nią, powstrzymać by więcej nie trwała. Za każdym razem gdy chciałem coś powiedzieć zasychało mi gardło i czułem wielką kulę w gardle.
- Esperento? Wybacz, ale muszę iść. No wiesz... stanowisko Alfy wymaga poświęceń. - powiedziała nagle Anabelle leciutko się uśmiechając. Pokiwałem głową i poczekałem aż zniknie za krzakami. Potem jeszcze chwilę stałem w bezruchu jakby czekając, że ktoś nagle się pojawi.
- Leave me out with the waste. This is not what I do. It's the wrong kind of place. To be thinking of you. It's the wrong time. For somebody new. It's a small crime
And I've got no excuse

<Anabelle?>